wtorek, 13 marca 2012

Lindenbush

Nie było mnie, ale jestem.
Dziś właśnie odbywam rytuał odpakowywania mojego lalkowego dobytku z kartonów, w których przeleżały dobre pół roku. Jestem gdzieś w połowie. A jak już wszystko rozpakuję to... ho ho! Dokończę wszystkie pozaczynane projekty, a trochę tego jest.
A dlaczego moje lalki przeleżały pół roku w kartonach? Ano dlatego, że była przeprowadzka. A przeprowadzka była dlatego, że nabyliśmy dom. Wymagało to przekoczowania trzy miesiące u mamy na strychu, a później dwa miesiące walki z nowym-starym domem. Bo jest to wielka willa z końca XIX wieku. Klimat jak z filmu! Te okiennice, haki na mięso w piwnicy, obrastające pajęczynami... A bardziej przyziemnie, trochę zajęło mi "ogarnięcie się", sprawienie że jest prąd, woda, że piec od centralnego nie usiłuje mnie raz w tygodniu zabić (dwa razy prawie mu się to udało!). A do tego - WRESZCIE! - mieszkają ze mną moje konie. Stajenka powstała już późną jesienią, a lokatorów ma od połowy stycznia. Powoli przyzwyczajam się do nowego rozkładu dnia, że pierwsza rzecz po wstaniu rano z łóżka to karmienie koni... Ale jest fajnie. A będzie jeszcze lepiej :) Będzie domek i mebelki w skali 1:1, mam nadzieję że mniejsze skale nie ucierpią na tym jakoś bardzo.

Dom zeszłego lata - jeszcze nie nasz

 
Inwentaryzacja okien na poddaszu :)